PageSpeed, animacje i pozycjonowanie. Trzy rzeczy z oferty na stronę, które nic nie mówią o Twoim biznesie
Kiedy zbierasz oferty na stronę internetową, przez chwilę wygląda to tak, jakbyś porównywał pięć zupełnie różnych firm. Potem czytasz treść i okazuje się, że wszyscy obiecują to samo: PageSpeed, responsywność, ładne animacje, pozycjonowanie.
Szum informacyjny jest tak głośny, że trudno usłyszeć, kto w ogóle rozumie Twój biznes. Te rzeczy z pozoru świadczą o profesjonalizmie. W praktyce to najłatwiejsze argumenty do wpisania w ofertę, bo brzmią nowocześnie i nie wymagają rozmowy o Twoich klientach.
PageSpeed 100 nic nie znaczy, jeśli nikt nie wchodzi na stronę
Większość wykonawców mówi o PageSpeed. Większość stron, które potem powstają, nie doczekuje się ruchu, który ten wynik miałby obsługiwać.
Wynik 100 na 100 w narzędziu Google jest wygodny, bo da się go pokazać na slajdzie. Ruch, zapytania i rozmowy sprzedażowe już nie. Dlatego oferty tak chętnie startują od prędkości, a tak rzadko od pytania: skąd w ogóle mają wziąć się ludzie na tę stronę.
Szybkość ma znaczenie. Ale jako warunek techniczny, nie jako obietnica biznesowa. Strona, która ładuje się błyskawicznie i nic na niej nie ma do zrobienia, nadal nic nie sprzedaje.
PageSpeed da się „zrobić” wtyczką. Potem ta sama wtyczka potrafi położyć stronę
To niewygodna część, o której oferty milczą. Wysoki wynik PageSpeed da się wyciągnąć jedną wtyczką do cache, minifikacją i wyłączaniem skryptów, których strona i tak nie powinna mieć.
Taka wtyczka za rok przestaje być aktualizowana, traci zgodność z WordPressem albo PHP i staje się furtką. Infekcja rzadko przychodzi z „głównego systemu”. Przychodzi z dodatku, który ktoś zainstalował, żeby oferta wyglądała lepiej na slajdzie z wynikiem 98/100.
Pisałem o tym w tekście o wyborze wykonawcy i gotowych szablonach: strony padają przez nieutrzymywane dodatki, nie przez to, że WordPress jest zły.
Strony, które mają rzeczywisty, stabilny czas wczytywania, są programowane. Nie wyklikiwane. Dlatego takiej strony nie znajdziesz u amatora z builderem i paczką wtyczek „do PageSpeed”.
Pozycjonowanie w ofercie na stronę, która nie ma czym złapać ruchu
Drugi popularny argument: zrobimy stronę i od razu pozycjonowanie.
Pozycjonowanie ma sens, kiedy strona ma co pokazać, komu i po co. Kiedy oferta jest nieczytelna, ścieżka klienta nie istnieje, a treść jest skopiowana z branżowego szablonu, SEO nie naprawi tego przez najbliższe miesiące. Czasem nie naprawi przez lata.
Wyszukiwarka nie nagradza strony za to, że ktoś kupił pakiet „pozycjonowanie w cenie”. Nagradza za to, że konkretny człowiek z konkretnym problemem znajduje na niej odpowiedź i zostaje. Jeśli tego nie ma, pozycjonowanie jest drogą próbą kupienia ruchu na coś, co i tak nie konwertuje.
Najpierw strona musi umieć obsłużyć pierwszego świadomego klienta, który już o Tobie wie. Potem dopiero warto walczyć o tych, którzy Cię jeszcze nie znają. A część ludzi już nie zaczyna od wyszukiwarki. Pyta LLM tak, jak wcześniej pytała znajomego. Jeśli Cię tam nie ma, pakiet SEO w ofercie na stronę tego nie zmieni. Pisałem o tym w tekście W ChatGPT nie przegrywasz z dużą marką dlatego, że jesteś mały.
Animacje, efekt wow i szablon za 60 dolarów
Będę szczery. Szablon, który wizualnie robi wrażenie, kosztuje około 60 dolarów. Przez dziesięć lat w branży nie znalazłem realnego przełożenia takich fajerwerków na biznes. Widziałem efekt wow na TikToku. Nie widziałem z tego telefonów, zapytań i zamkniętych tematów.
Animacje, efekty po najechaniu, przewijane sekcje i „strona jak z agencji z Zachodu” są tanie w kupieniu i drogie w utrzymaniu. Obciążają ładowanie, rozpraszają od oferty i dają wykonawcy łatwy sposób, żeby oferta wyglądała nowocześnie.
Responsywność też nie jest argumentem. To minimum. Strona, która nie działa na telefonie, nie jest mniej profesjonalna. Jest niedokończona. Chwalenie się tym w ofercie to jak chwalenie się, że samochód ma hamulce.
Na co patrzeć zamiast fajerwerków
Dobra oferta na stronę nie zaczyna się od technologii. Zaczyna się od Twojej oferty, Twojego rynku i ścieżki klienta: co człowiek musi zrozumieć, czemu zaufać i jaki jeden krok ma zrobić dalej.
To jest ta sama dyscyplina, którą w firmie technologicznej nazywa się walidacją przed kodem. Zanim ktoś napisze pierwszą linię, musi wiedzieć, jaki problem rozwiązuje i dla kogo. Jeśli wykonawca nie zadaje pytań o sprzedaż, tylko od razu pokazuje animacje i wynik z PageSpeed Insights, sprzedaje slajd. Nie stronę.
Na co patrzeć w ofercie:
- Czy ktoś opisał, jak użytkownik ma przejść od wejścia do kontaktu.
- Czy widać, że rozumieją Twoją ofertę, nie tylko „branżę”.
- Czy szybkość jest efektem kodu i architektury, nie listy wtyczek.
- Czy SEO jest planem na treść i strukturę, nie pakietem „pozycjonujemy od jutra”.
- Czy da się tę stronę rozwijać za rok bez przepisywania.
Czego nie brać za dowód profesjonalizmu:
- Wynik PageSpeed jako główny argument.
- Obietnica ruchu z pozycjonowania w pierwszych tygodniach.
- Animacje i efekt wow.
- Responsywność jako wyróżnik.
Szum jest po to, żebyś nie pytał o rzeczy trudniejsze
Najgłośniejsze argumenty w ofercie są najsłabsze, bo są najłatwiejsze do podrobienia. PageSpeed da się oszukać. Animację da się kupić. Pakiet SEO da się dopisać.
Zrozumienia klienta nie da się dokleić wtyczką. Ścieżki klienta nie da się kupić za 60 dolarów.
Jeśli oferta milczy o tym, jak ma zachować się Twój klient, a dużo mówi o tym, jak strona ma wyglądać w teście Google – to nie jest oferta na narzędzie sprzedaży. To oferta na ładny plik. A ładny plik, który już stoi, też nie dzwoni. Pisałem o tym osobno w tekście Ładna strona, zero telefonów.